„Paradokument” na miarę strzału z Aurory
Film Agnieszki Holland „Zielona granica” jest dziełem wybitnym, moralnym, empatycznym i chrześcijańskim, cmokają z zachwytu liberalno-lewicowe środowiska nad Wisłą. Czując chyba jednak po trochę absurd tego, o czym mówią, dodają na wszelki wypadek, że sztuka ma być wolna i nie można jej cenzurować. Tępa propaganda nie może być uważana za sztukę, odpowiadają cmokającym obrońcy polskiego munduru.
Filmu nie oglądałem, ale przeczytałem wiele recenzji na jego temat z różnych stron sporu politycznego, obejrzałem sporo fragmentów „dzieła” hollandowego dostępnych w Internecie i wyrobiłem opinię o „dziele”. Mogę tym bardziej się podzielić opinią z czytelnikami na temat „Zielonej granicy”, bo słyszałem argumenty, za których pomocą liberałowie i lewica próbują film bronić. Wreszcie, skoro Holland mogła nakręcić film o polsko-białoruskiej granicy nie będąc na miejscu, ani nawet nie fatygując się o opinię Straży Granicznej na temat wciskanych widzom „faktów” w projekcji, to tym bardziej można ocenić takie poczynania reżyserki bez oglądania całości jej najnowszego filmu.
W polskiej telewizji publicznej posłanka lewicy Małgorzata Prokop-Paczkowska skonfrontowana z odcinkami filmu, w których Holland funkcjonariuszy Straży Granicznej maluje na brutalne bestie na wzór strażników obozów koncentracyjnych, odpowiedziała, że każdy film jest sztuką i dlatego nie wolno go oceniać. Rączy rydwan myśli posłanki tym razem jednak ją za bardzo porwał. Bo gdyby przyjąć argument, że każdy film jest sztuką, to za „sztukę” musielibyśmy uznać całą plejadę filmów z objazdowej kroniki propagandowej sowieckich komunistów.
Ale wracając bardziej do meritum, chciałbym przywołać fabułę „Zielonej granicy” w oparciu o szczegółową relację użytkowniczki Twittera (X) Klary Marii, która film obejrzała i potem bardzo rzeczowo podzieliła się swymi wrażeniami. Przede wszystkim bije po oczach, zaznacza Klara Maria, że w filmie jest wyraźny podział bohaterów. Jedni są uosobieniem dobra wręcz anielskiego, inni uosobieniem zła w czystej postaci. Dobrzy, to rzecz jasna, uchodźcy. Ludzie wrażliwi, kulturalni, wykształceni, biegle mówiący po francusku, przywiązani do swych tradycji i muzułmańskiej religii, którą kultywują nawet w lasach Podlasia. Wspaniali też są aktywiści, którzy przybyli na granicę, by pomagać. Troszczyć się i bronić „biednych ludzi”, jak mawiał jeden z polityków polskiej totalnej opozycji, przed brutalnymi i opresyjnymi mundurowymi z polskim orzełkiem na daszku furażerki. „Tacy sympatyczni, wieczni mieszkańcy światów alternatywnych, anarchizm w sercu, nawet w domu chodzą w kilku bluzach i czapce (...)”, trochę ironicznie przedstawia hollandowych megabohaterów Klara Maria. Mają oni serce po lewej stronie, więc są moralni ponadprzeciętnie i dlatego swą moralną wyższość demonstrują od pierwszej i do ostatniej minuty filmu.
Ci źli, jak nietrudno domyślić się, to funkcjonariusze Straży Granicznej. Źli zresztą – to mało powiedziane. W filmie są przedstawieni jako oprawcy, brutalni sadyści, a na dodatek odrażająco prymitywne capy. „Śmiecie po prostu”, by zacytować „intelektualistę” z kręgu kulturowego Holland Władysława Frasyniuka. Kłamczyni zadbała w filmie o najdrobniejsze szczegóły, by tylko maksymalnie i możliwie dosadnie zohydzić polskich mundurowych w oczach opinii publicznej w Polsce i na Zachodzie, rzecz jasna. Film już został zaprezentowany z sukcesem na festiwalu w Wenecji, gdzie europejska śmietanka pokroju Frasyniuka, Prokop-Paczkowskiej i Klaudii Jachiry nie mogła się nadziwić nad ksenofobią, rasizmem, dzikim bestialstwem Polaków, którzy mienią się być katolikami.
Sceny przez reżyserkę zostały tak ułożone, by budzić skojarzenia najgorsze. Skojarzenia z II wojną światową i losem Żydów, których rolę w filmie Holland zastąpili uchodźcy, czyli nielegalni migranci ściągnięci na granicę z Polską przez reżim Łukaszenki. Zresztą w komentarzach sama Holland tylko potwierdza to domniemanie, nazywając np. aktywistów granicznych „sprawiedliwymi” (reszta to, w domyśle, kolaboranci, szmalcownicy i oprawcy). Muzyka zgrozy, druty kolczaste, ujadanie psów, przekrzywione twarze sadystycznych strażników mają wprowadzać widza w odpowiedni klimat. W jednej ze scen funkcjonariusze w polskich mundurach chwytają brzemienną kobietę i na raz, dwa, trzy przerzucają przez drut kolczasty na białoruską stronę. Taki hollandowski push back. Żeby nikt nie miał wątpliwości, kim są tak nikczemni sprawcy push backu, ci przed przerzutem czynią znak krzyża. W innej scenie zgrozy sadystyczny strażnik graniczny rozbija termos o drzewo tak, by stłuc wewnątrz szkło. Potem przerzuca go przez drut kolczasty dla migranta, by ten pijąc mógł poranić się szkłem. „Na zdrowie” – uśmiecha się opryszek, wyraźnie znajdujący przyjemność w zadawaniu bólu innym. Klara Maria przypomina jednak przytomnie w tym miejscu, że termosy ze szklanym wkładem od dawna już nie są w użytku. Ten hollandowski termos – to chyba jakiś archaiczny okaz przechowany specjalnie na okazję pokaleczenia wnętrzności migranta.
Co jest symptomatyczne zresztą, „dzieło” reżyserki Holland na początku (zanim wyciekły pierwsze sceny filmu) było reklamowane jako fikcja artystyczna, nie mająca pokrycia w rzeczywistości. Po fali oburzenia Polaków na chorą wyobraźnię reżyserki, taktykę wyraźnie zmieniono. Film z fikcji artystycznej stał się nagle paradokumentem, na każdą scenę którego autorka ma ponoć zebrane dowody. O jakich dowodach może być mowa (przypomnijmy Holland sama nie była na granicy) najlepiej pojaśni stacja TVN, która na pełnej powadze swego czasu relacjonowała relację aktywistki granicznej. Ta miała poznać uchodźcę, co to sześć dni i nocy płynął w lodowatych wodach Bugu, by tylko nie wpaść w łapy oprawców w polskich mundurach. Nic nie jadł za wyjątkiem trzciny brzegowej. A na brzeg wychodził tylko po nocach, by wypocząć i płynąć dalej. Ciekawe, czy po sześciu dniach dopłynął do Bałtyku czy może do Berlina, o tym aktywistka w swych „dowodach” milczy.
Ale film Holland ma też swój happy end. Jeden z funkcjonariuszy Straży Granicznej na koniec fabuły „odzyskał swe człowieczeństwo” (które był utracił pilnując granicy), zerwał ze swą ciemną przeszłością i zaczął pomagać w przemycie nielegalnych migrantów, zamiast ich zatrzymywać. Aha, jeszcze na koniec. Film nie byłby pełny w swym propagandowym wymiarze, gdyby tam nie pojawił się wątek „trupów w lesie”. Wątek się pojawił w „dziele”, ale w takim kontekście, że nawet jeżeli trupy są, to ma ich nie być. Tyle paradokument.
Pani Holland w Polsce nie mieszka. Pracuje i mieszka za granicą. Do Polski gdy wpada, to czuje duszności, o czym przed kilku laty żaliła się dziennikarce Monice Olejnik. Mówiła mianowicie, że w Polsce czuje się „jak w zamkniętym pomieszczeniu, w którym ktoś bez przerwy puszcza bąki”. Ale nawet jeżeli skutkiem tego bąków nieustannego wąchania stało się zaczadzenie reżyserki na punkcie antypolonizmu, jakaś osobliwa ojkofobia, to wcale nie tłumaczy Holland z tego, że swym filmem, nachalnym w propagandzie do granic wytrzymałości, wzięła udział w wojnie hybrydowej prowadzonej przeciwko jej krajowi. Swym filmem idealnie wręcz spełniła wszystkie oczekiwania satrapów ze Wschodu, którzy wojnę hybrydową Polsce wypowiedzieli na rok przed wojną konwencjonalną z Ukrainą. Córa polskiego stalinisty co jak co, ale ich metody winna znać doskonale. I zrobiła majstersztyk, przyznajemy. Wykorzystała cały swój potencjał artystyczny, który niewątpliwie posiada, by zohydzić Polskę i Polaków w oczach Europejczyków, by ci przestali zachwycać się postawą Polaków w przyjmowaniu wojennych uchodźców z Ukrainy.
No z tym artystyzmem to może trochę pobłądziłem. Znawcy na Filmweb „Zieloną granicę” jak na razie oceniają na 2,5 pkt z 10 możliwych. Czyżby Hollandowy „paradokument” na miarę strzału z Aurory?..
Tadeusz Andrzejewski
radny rejonu wileńskiego