Kto uratuje Zachód przed jego szaleństwem?

Profesor Ryszard Legutko, eurodeputowany z Polski oraz doskonały znawca współczesnych procesów polityczno-ideologicznych, które zachłysnęły kraje Zachodu, w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej (PAP) przeprowadza interesującą analizę aktualnego stanu Unii Europejskiej i daje swoją recenzję: co należy uczynić, aby uratować Unię przed jej własnym szaleństwem.

Już sam tytuł wywiadu jest sugestywny, sugerujący porażkę projektu unijnego w jego obecnym kształcie. „Doktor Frankenstein miał intencję stworzenia pięknej szlachetnej istoty, a wyszedł mu potwór. To samo jest z Unią!”. Unia w ostatnich latach znajduje się w permanentnych kryzysach, które nierzadko sama tworzy, zauważa rozmówca PAP. Kryzysogenna Bruksela szuka więc sposobu na dalsze istnienie. Berlin, główny mocodawca Brukseli, już ten sposób wymyślił, tyle że nie jest jeszcze pewny, czy uda mu się pokonać opór wielu krajów, by go przeforsować. Chodzi o centralizację i docelowo budowanie jednego europejskiego superpaństwa pod egidą, rzecz oczywista, Niemiec. By to osiągnąć, należy na początek zlikwidować zasadę jednomyślności w ważnych sprawach dotyczących Wspólnoty obowiązującą w Radzie Unii Europejskiej. Gdyby manewr się powiódł, w Brukseli „powstanie coś w rodzaju oligarchii unijnej”, uważa prof. Legutko. Oczywiście, oligarchami, dysponującymi władzą i pieniędzmi, w sposób naturalny staną się najsilniejsi – czyli ci sami Niemcy. Ci sami, których wschodnia polityka właśnie legła w gruzach, a za jej błędy Ukraińcy płacą krwią. Niemcy, świadomi tego, musieliby schować się głęboko do nory i nie wysuwać się. Zamiast tego aspirują do przywództwa w Europie. Taka to niemiecka buta. Widzą siebie w roli „mocarstwa moralnego”, które będzie wychowywać sąsiadów, uczyć ich wartości i praworządności.

Konsekwencją zlikwidowania prawa weta w Radzie Unii Europejskiej w dalszej perspektywie będzie też likwidacja suwerenności europejskich państw. „Będzie to Finis Poloniae”, przestrzega profesor z Krakowa i podaje własną receptę na sanację Unii. Jego zdaniem, „jeżeli Unia Europejska nie ma się jeszcze bardziej wynaturzyć i zdegenerować, to reformy powinny iść w odwrotnym kierunku”. Należy po prostu „uszczuplić” władzę Brukseli, a reguły zarządzania Unią uczynić bardziej czytelnymi i twardszymi. Do tego stopnia, aby „nie mogły być bezkarnie nadużywane przez instytucje europejskie i duże państwa”.

Ale Bruksela nie chce być „uszczuplona”. Prze do przodu, uciekając przed kolejnymi kryzysami. To jest jej sposób na przetrwanie. Nie rozwiązywać problemów, tylko domagać się jeszcze więcej tego samego, co do problemów doprowadziło. Dąży do tego „wszelkimi możliwymi środkami. Lewymi i prawymi”. Marzy, jak kiedyś komuniści, stworzyć nowy, wspaniały świat. Komuniści tworzyli go nie uznając żadnych praw, które albo obchodzili, albo je po prostu lekceważyli. „Dziś Unia stworzyła świat, gdzie nie ma reguł, na których można się oprzeć, nie ma granic uznanych za nieprzekraczalne”, konstatuje smutny stan unijnych salonów ich znawca z autopsji.

I podaje wiele przykładów unijnego bezprawia oraz uzurpacji kompetencji, których Unia nie posiada. Oto jeden z cytatów: „Regulacje dotyczące rodziny nie należą do kompetencji Unii Europejskiej? Ale przewodnicząca KE Ursula von der Leyen powiedziała, że kto jest rodzicem w jednym kraju może być rodzicem w drugim. Że to gwałci artykuł 9 Karty Praw Podstawowych, który oddaje sprawy rodziny państwom członkowskim – kogo to dzisiaj obchodzi? A ostatnie szaleństwa Parlamentu Europejskiego po orzeczeniu amerykańskiego Sądu Najwyższego w sprawie Roe v. Wade? Kto większości parlamentarnej zabroni takich harców? Z pewnością nie traktaty. Ktoś mógłby pomyśleć, że Trybunał Sprawiedliwości UE stoi na straży prawa. Ale nie stoi. Trybunał jest instytucją, która walcząc o zwiększenie swoich kompetencji sam jest zainteresowany gwałceniem traktatów i robi to dość konsekwentnie. Takie sobiepaństwo unijnych biurokratów staje się nie tylko że nie znośne, ale też jest po prostu groźne.

Doktor Frankenstein miał intencje stworzenia pięknej szlachetnej istoty, ale wyszedł mu potwór. Tak samo z Unią. Ta monstrualna twarz Unii nam się właśnie ujawnia. Fatalnie rokuje to na przyszłość.

Lewicowo-liberalny establishment, który w Unii zdobył władzę niepodzielną, degeneruje, uważa Legutko. Degeneruje, ponieważ każda bezalternatywna władza jest skazana na degenerację. „Nie ma alternatywy dla zielonej rewolucji, dla centralizacji Unii, a nawet nie ma alternatywy dla likwidacji podziału ludzi na kobiety i mężczyzny”, podaje przykłady szaleństw zachodnich elit polski profesor i dodaje, że nawet komunistom nie przyszło do głowy, by znieść podział ludzi na dwie płcie. Karykaturalną rzeczywistością, podsumowującą niejako stan umysłu rządzących dziś Unią, jest ich przekonanie, że tak skonstruowane społeczeństwo „jest naprawdę wolne”.

Czy jest zatem jakaś jeszcze nadzieja dla Europy, jakaś alternatywa dla budowanej przez zachodnie elity demokracji bezalternatywnej? Tak. Jest, uważa prof. Legutko. Ta alternatywa – to Europa Środkowo-Wschodnia, która świeżo wyzwoliła się z komunistycznego władztwa i zna cenę wolności. Ale żeby takową stała się, musi ona samozorganizować się. Dotychczas bowiem nie była traktowana przez zachodniaków jako samodzielny partner. Była lekceważona i niedoceniana. Byli oczywiście poszczególni politycy z jej części, którzy otrzymywali różne funkcje w Brukseli. Ale była to władza iluzoryczna. Takie oto paciorki, darowane posłusznym i uległym tubylcom ze Wschodu przez ich zachodnich mocodawców. Tubylcy zresztą nawet nie aspirowali, by coś tam w Unii zmieniać. Wystarczyły im paciorki oraz dostąpienie zaszczytu bycia od czasu do czasu poklepanymi w policzek czy po ramieniu przez Jeana Claude Junckera. Von der Leyen już nie poklepuje, ale tubylcy z Polski i tak łaszą się do komisarz w nadziei, że z jej pomocą powrócą do władzy w kraju.

I właśnie „tubylcy”, zdaniem profesora Legutki, są główną przeszkodą w samoorganizacji Europy Wschodniej. Akcentuje w wywiadzie, że w naszej części Europy jest „wiele grup i partii charakteryzujących się niewolniczym sposobem myślenia”. Ich wiernopoddaństwo wobec zachodnich protektorów jest silniejsze od lojalności wobec własnej ojczyzny. Paciorki władzy, której samodzielnie w Polsce zdobyć nie są w stanie, tak kuszą, że są zdolni na wszystko. Są współczesną Targowicą, mówi wprost rozmówca PAP. I Targowica ta nie jest jakąś marginalną grupką. Jest, niestety, dość liczna. Wpływowa w dużych miastach. Jest też nieobliczalna. „Czasami głupawa, czasami zbrodnicza, dążąca do imitatorstwa, upodobnienia się”, wylicza cechy targowiczan profesor i cytuje dawną parafrazę na jej temat: „Bo Paryż często mody odmianą się chlubi. A co Francuz wymyśli, to Polak polubi”. Targowica sprawia, że jak kiedyś tak i dziś żyjemy nad przepaścią, kończy swój wywiad niezbyt entuzjastycznie prof. Ryszard Legutko.

W Polsce Targowica jest główną przeszkodą w tworzeniu alternatywnego projektu wobec uzurpacyjnych zapędów Brukseli i Berlina. Na Litwie, jak na razie, Targowicy w ścisłym słowa znaczeniu jeszcze nie mamy. Choć tendecje ku temu stają się widoczne. Znacząca część klasy politycznej jest zainfekowana brukselskimi modami i, co gorsza, ma skłonności lizusowskie wobec centrali europejskich biurokratów. Łyka genderowe nowości jak gęś sztuczną karmę, a potem wymusza jeszcze, by i Litwini ją polubili.

Przeoranie elit w krajach postkomunistycznych genderową rewolucją doprowadzi do tego, że i u nas dojdzie do ich alienacji. A w konsekwencji do demokracji bezalternatywnej. Ale kto wówczas obroni Zachód przed jego własnym szaleństwem?..

Tadeusz Andrzejewski
radny rejonu wileńskiego

<<<Wstecz