Polski drukarz, amerykański cukiernik

W Polsce Sąd Najwyższy postawił właśnie kropkę nad „i” w głośnej sprawie łódzkiego drukarza, który swego czasu odmówił wykonania zlecenia (wydruku plakatów) dla aktywistów organizacji LGBT (z ang. Lesbian, Gay, Bisexual, Transgender) argumentując swą odmowę przekonaniami religijnymi. Sędziowie najwyższej instancji sądowniczej RP uznali ostatecznie postawę drukarza z Łodzi za dyskryminującą, utrzymując w ten sposób w mocy orzeczenia sądów niższej instancji.

Słudzy Temidy z SN argumentowali, że drukarz nie miał prawa odmówić zlecenia dla aktywistów LGBT, bo plakat ich był grzeczny i nie nieobyczajny. W ten sposób sędziowie, strażnicy prawa w najwyższej jego izbie, dali pojąć Polkom i Polakom, że propagowanie działalności organizacji, domagającej się od państwa praw sprzecznych z Dekalogiem i społeczną nauką Kościoła, promującej zachowania seksualne urągające etyce chrześcijańskiej, „nie jest w żadnej mierze sprzeczne z wiarą katolicką”. Czyli innymi słowy, skoro nie sprzeczne, to znaczy zgodne z wiarą katolicką. Czyli jeszcze inaczej, propagowanie niestandardowych zachowań seksualnych, że się posłużę słowną nowomodą, na modłę Sodomy i Gomory, sędziowie polskiego Sądu Najwyższego uznali za zgodne z etalonem katolickiego kanonu wiary.

Logika sędziów, którą z siebie wykrzesali, jest twarda jak krzemień, wypada przyznać. Nie muszę pisać, że swym ostatecznym werdyktem stróże prawa bardzo uradowali zainteresowanych z LGBT. „Ten wyrok ma charakter historyczny. Po raz pierwszy Sąd Najwyższy potwierdził w Polsce, że mamy przepisy, które zakazują dyskryminacji w obszarze dostępu do dóbr i usług ze względu na orientację seksualną”, skomentował werdykt SN Paweł Knut z Kampanii Przeciwko Homofobii.

Tymczasem zgoła inaczej decyzję SN ocenił polski minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, z którego inicjatywy właśnie sprawa trafiła na wokandę najwyższej instancji prawniczej w Polsce. „Sąd stanął po stronie przemocy państwa” – minister ostro skrytykował złamanie przez sędziów SN konstytucyjnej zasady wolności sumienia. Istotnie sprawa może być precedensowa. Logika werdyktu SN jest bowiem oczywista. Państwo będzie ścigać każdego, kto ośmieli się odmówić wykonania czynności, propagujących wartości sprzeczne z jego wiarą. Sąd użył bałamutnego argumentu, że skoro na plakacie nie było obscenicznych scen czy treści, to drukarz powinien był włączyć się swą pracą w promocję organizacji, która na wszelkie sposoby, często w sposób niewybredny, wulgarny i obsceniczny, zwalcza Kościół katolicki (vide np. tzw. Marsze Równości). To tak jakby reklamować, no powiedzmy, cukierek z trucizną wśród dzieci i młodzieży, tyle że opakowany w ładne i pociągające opakowanie.

Odtąd już może być tak, że dajmy na to, kurtyzany, przebrane za grzeczne uczennice, będą żądały propagowania swych praw i wszelkich równouprawnień i żaden drukarz nie będzie mógł odmówić im wyprodukowania ich materiałów, nazwijmy to, promocyjnych. Bo jest precedens sądowy. Albo, powiedzmy, niejaki skandalizujący i prymitywny Frljić, który mieni sam siebie reżyserem, z powodzeniem będzie dochodzić swych praw w dziedzinie promocji u każdego zleceniobiorcy na swoją kolejną wyuzdaną i knajacką „sztukę” z aktami kopulacji na scenie. I też prawo będzie miał po swojej stronie.

W Ameryce, gdzie demokracja jest najstarsza, wynikła przed kilku laty sprawa niemal bliźniaczo podobna do sprawy polskiego drukarza z tym tylko, że tam chodziło o cukiernika, któremu dwóch „wesołków” złożyło zamówienie na tort, jaki miał być skonsumowany na ich gejowskim weselu. Cukiernik odmówił, powołując się na swe przekonania religijne. Potem, jak w Polsce, sprawa oczywiście znalazła się w sądzie, który jednak, tym razem nie tak jak w Polsce, podzielił racje cukiernika. Uznał, że twórca wyrobów z biszkoptu i bitej śmietanki miał prawo nie przyjąć zlecenia na weselny tort „wesołków”, bo ma wolność w swym artystycznym wyborze (sporządzenie tortu też jest przecież sztuką, bronił się mistrz kulinarnych łakoci). A sztuka, wiadomo, nie może być realizowana wbrew przekonaniom i inwencji twórczej jej autora.

Ktoś powie, że Amerykanin wygrał z tamtejszym LGBT fortelem. Może i racja. Ale w tych dwóch sprawach, poza werdyktami sądów oczywiście, jest coś jeszcze innego, kardynalnie ważnego. Mianowicie pytanie, dlaczego w obydwu przypadkach osoby z LGBT nie poszukały znacznie prostszego i niekonfliktowego rozwiązania dla swych potrzeb. Mogły przecież bez problemu pójść do konkurencji i, nie ma żadnych wątpliwości, załatwić tam swoje oczekiwania. Nie zrobili tego, tylko postanowili sądownie gnębić osoby o innych przekonaniach i światopoglądach, bo chcą wszystkim bez wyjątku narzucić swoje własne przekonania i światopoglądy. Chcą świat urządzić tak, by afirmował ich zaburzone upodobania i zachcianki. A w ich świecie, co znają społeczeństwa krajów zachodnich z autopsji, nie ma miejsca na tolerancję dla poglądów i wrażliwości innych.

Polski drukarz właśnie stał się ofiarą ducha tego świata. Amerykański cukiernik fortelem tylko się przed nim wybronił.

Tadeusz Andrzejewski

<<<Wstecz