VI Festiwal „Pokrowskije kołokoła”

Weekend na ludowo

Potrafi rozweselić i dodać odwagi, rozczulić i wprowadzić w zadumę, oczarować i zniewolić na zawsze... Jaką moc i siłę ma w sobie pieśń ludowa, mogli się przekonać ci, którzy w ubiegły weekend wybrali się do Wilna na święto folkloru.

22-25 września już po raz szósty odbył się w stolicy Międzynarodowy Festiwal Folklorystyczny „Pokrowskije kołokoła”. Od piątku do niedzieli rozbrzmiewały w salach koncertowych i na głównej alei miasta tradycyjne śpiewy i tańce wykonawców z Rosji, Białorusi, Ukrainy, Polski, Hiszpanii, Czeczenii, Meksyku oraz, oczywiście, Litwy.

Najliczniej zaprezentowały się jednak kolektywy ludowe mniejszości narodowych naszego kraju, bo głównym celem tego festiwalu, według jego inicjatorów, jest pokazanie tradycji grup etnicznych zamieszkujących Litwę.

„Pokazanie zespołów mniejszości narodowych jest głównym akcentem festiwalu. Chcemy wprowadzać je na duże sceny. Podnosić ich poziom artystyczny. Chcemy też, by zobaczyły, jak śpiewają i jak pielęgnują tradycje muzyczne kolektywy z innych krajów” – mówiła Irena Wiszniewska z Centrum Folkloru i Etnografii Mniejszości Narodowych Litwy, jednym z organizatorów imprezy.

Coraz więcej uczestników

Cieszyła się z tego, że rośnie popularność oraz znaczenie festiwalu i coraz więcej uczestników chce brać w nim udział. „Pokrowskije kołokoła” początkowo ograniczały się tylko do słowiańskiej muzyki z terenów Europy Wschodniej, stopniowo jednak przerodziły się w międzynarodową imprezę folklorystyczną, obejmującą także folklor innych narodów. „Festiwal z roku na rok zwiększa swój zasięg. Coraz więcej zespołów przysyła prośby z chęcią uczestnictwa w nim” – powiedziała Wiszniewska.

Ideą imprezy jest promowanie folkloru autentycznego. Na festiwal przyjeżdżają zespoły pielęgnujące i przekazujące autentyczne tradycje swego narodu. Prezentują folklor w najczystszej postaci – taki, jak śpiewały go babcie i prababcie, bez wszelkich stylizacji i upiększeń.

Polskę na tegorocznym festiwalu reprezentowały dwa zespoły: „Malinki” z Podlasia oraz wykonująca ukraiński folklor „Dziczka” z Warszawy. Ta ostatnia dla wileńskiego widza zaśpiewała ukraińskie piosenki pochodzące z terenów Podlasia. Wszystkie uczestniczki zespołu, oprócz kierowniczki Ukrainki Tatiany Żaczykiewicz (jest etnomuzykologiem), są Polkami, ale zakochanymi w ukraińskim folklorze. Pieśni, które wykonują, zbierają podczas ekspedycji etnomuzykologicznych.

„Te piosenki znają przeważnie tylko starsze osoby, dlatego jest tak ważne, by je zapisywać, przechowywać i przekazywać dalej. Stąd też na koncerty i próby zabieramy nasze dzieci, by przesiąkały folklorem, by nie był dla nich w przyszłości czymś obcym” – powiedziała Anna Wróbel, członkini grupy. Żaczykiewicz odnotowała, że ostatnio folklor zaczyna się odradzać. Powstaje wiele zespołów ludowych i młodzież interesuje się repertuarem tradycyjnym.

„Inna sprawa, to maniera, w której jest to śpiewane. Można powiedzieć, że stara maniera śpiewania prawie już nie istnieje. Starsi ludzie jeszcze ją pamiętają, ale młodzi ludzie śpiewają teraz już trochę inaczej – niby piosenki te same, ale brzmią inaczej” – powiedziała Tatiana, podkreślając, że młodzież stara się swe wykonanie upiększyć, dodać jeszcze jeden głos, śpiewać łagodniej, czyli powstaje bardziej sceniczny wariant.

Folklor w domu

Czy folklor jeszcze jest żywy wśród ludzi czy raczej jest już tylko wykonywany na scenie? Wiszniewska, która bada folklor, stwierdziła, że wśród starszych ludzi folklor jest jeszcze żywy. „Gdy pokłócę się z mężem, gdy jest smutno, gdy nie mam humoru, to usiądę i śpiewam” – tak mówiły mi babcie z Turgiel” – opowiadała Wiszniewska. Niedawno była na badaniach w rejonie trockim. Poznała dwie babcie (siostry), które spotykają się wieczorami, by wspólnie pośpiewać. Pani Irena zauważyła, że głośno na dworze ludzie już nie śpiewają, tylko raczej dla siebie w domu. Podobnie, dodała, jest też w innych krajach. „Jak mówią mi babcie, na dworze nie da się śpiewać, bo ludzie pomyślą, że jest się pijanym” – mówiła rozmówczyni.

Uczestniczki zespołu „Zorza” z Suderwy, który też brał udział w festiwalu, podkreśliły, że śpiewają piosenki ludowe nie tylko na scenie, ale również w gronie rodzinnym i na wszelkich uroczystościach. „Nasz zespół jest prawie rodzinny, bo składa się z par małżeńskich: mężów i żon. Często się spotykamy i chętnie razem śpiewamy nie tylko na próbach” – powiedziała Anna Miluszkiewicz.

W ramach festiwalu po raz pierwszy odbyła się w tym roku prezentacja dziecięcych kolektywów folklorystycznych z Litwy. „Ważne jest popularyzowanie folkloru, również wśród młodych. Chcemy, by Polacy przychodzili na takie koncerty. By rodzice przyprowadzali swe dzieci. Zapraszamy również do zespołów. Bo to jest ważne, by nasza polskość nie zanikła, byśmy znali swoje korzenie, swój polski folklor, obyczaje” – powiedziała Wiszniewska. Czy młodzież nie wstydzi się swego folkloru, uważając pieśni ludowe za prostackie i byle jakie? Zdaniem Wiszniewskiej, która prowadzi też zespół folkloru autentycznego „Trajkotka”, tak sądzić mogą tylko ci, którzy po prostu nie rozumieją i nie znają folkloru. Zauważyła, że początkowo rodzice nieśmiało przyprowadzają swe dzieci do zespołu ludowego, ale potem bardzo cieszą się z osiągnięć swych pociech.

Dodała, że festiwale folklorystyczne są wspaniałą okazją do poznania siebie i swoich sąsiadów. Niosą też wiele pozytywnego ładunku emocjonalnego. Siła głosów i emocje śpiewaków czasami wprawiają powietrze w drgania, od którego idą ciarki po skórze lub płyną łzy. „Nagrania i płyty przekazują tylko niewielką część tej energii, jaka jest przekazywana podczas żywego występu na scenie przez śpiewaków” – zaznaczyła pani Irena.

Iwona Klimaszewska

Na zdjęciu: Kozaczki z kraju stawropolskiego (Rosja) zaprezentowały pieśni swej rodzinnej stanicy Bakłanowskaja.

<<<Wstecz